Dlaczego nazwiska kobiet znikają z podręczników?
Między legendą „wielkich mężczyzn” a prawdziwą historią
Historia nauki opowiadana jest najczęściej jako seria odkryć dokonanych przez jednostki – samotnych, genialnych mężczyzn. Ten schemat jest prosty, łatwy do zapamiętania i… bardzo daleki od prawdy. Odkrycia naukowe rodzą się zwykle w zespołach, w długich łańcuchach mniejszych kroków, korekt i żmudnej pracy. Gdy jednak szuka się jednego nazwiska do tytułu rozdziału w podręczniku, najczęściej znika cała reszta – w tym kobiety, które realnie przesuwały granice wiedzy.
Taki sposób opowiadania działa jak filtr: wybiera postacie pasujące do mitu „geniusza” – zwykle białego mężczyzny z Europy lub USA, z odpowiednim tytułem, pozycją i siecią kontaktów. Jeśli w zespole była kobieta, często pełniła rolę „niewidzialnego silnika”: planowała eksperyment, prowadziła obliczenia, poprawiała błędy, ale oficjalna narracja przypisywała przełom liderowi, czyli temu, którego imię już w obiegu naukowym brzmiało „poważniej”.
Łatwo to zauważyć, gdy porówna się sposób, w jaki przedstawia się np. rozszczepienie jądra atomu, odkrycie struktury DNA czy początki informatyki. Uczniowie zwykle słyszą: Otto Hahn, Watson i Crick, Alan Turing. Nazwiska Lise Meitner, Rosalind Franklin czy zespołu programistek ENIAC pojawiają się – jeśli w ogóle – w przypisach, ramkach „ciekawostek” lub na szkolnych konkursach typu „poznaj zapomniane kobiety nauki”.
Kult „geniusza” kontra praca zespołowa
Kult „geniusza” wzmacnia mechanizm wymazywania naukowczyń z historii. Gdy opowieść koncentruje się na jednym bohaterze, drobne przesunięcia w przypisywaniu zasług robią ogromną różnicę. Jeśli w zespole jest profesor – mężczyzna – i utalentowana doktorantka, media i podręczniki wybiorą profesora jako „twarz” odkrycia. Nawet jeśli to doktorantka jako pierwsza zobaczyła anomalię w danych, wymyśliła innowacyjny sposób ich analizy lub napisała kluczowe fragmenty pracy.
Dochodzi do tego język. Mówi się, że „Einstein opracował teorię względności”, „Hahn odkrył rozszczepienie jądra atomu”, „Watson i Crick odczytali strukturę DNA”. Rzadko padają zdania w rodzaju: „zespół X pracujący pod kierunkiem Y, w tym A, B i C, dokonał przełomu”. Znika więc przestrzeń, w której można by spokojnie wymienić nazwiska kobiet. Zostają co najwyżej w sekcji „podziękowania” na końcu publikacji, której i tak prawie nikt nie czyta.
Mechanizmy przypisywania zasług przełożonym
W nauce funkcjonuje hierarchia – formalna i nieformalna. Kierownik katedry, lider projektu, profesor z prestiżowej uczelni ma większą siłę przebicia niż doktorantka czy asystentka, nawet jeśli to ich pomysł okazał się przełomowy. Przez dekady (a w wielu miejscach nadal) przyjmowano, że to przełożony jest „naturalnym” pierwszym autorem, nawet gdy nie dotknął pipety ani nie zobaczył oscyloskopu na własne oczy.
Naukowczynie często trafiały więc w roli „technicznych” wykonawczyń – ich nazwisko pojawiało się w środku listy autorów lub w ogóle znikało, gdy w publikacji używano formuły „zespół X”. Bywało, że praca była podpisywana wyłącznie nazwiskiem męża, promotora lub szefa laboratorium. W efekcie w dokumentach, na które później powołują się historycy, brakuje ich śladu. To nie przypadek, ale mechanizm strukturalny.
Kto decyduje, co „warto” pamiętać?
Kanon historii nauki nie powstaje sam z siebie. Tworzą go:
- autorzy podręczników i skryptów akademickich,
- komisje egzaminacyjne i programowe,
- kuratorzy muzeów nauki,
- twórcy programów popularnonaukowych i filmów,
- nauczyciele, którzy decydują, co opowiedzieć „ponad podstawę”.
Ilu mężczyzn, ile kobiet zna absolwent liceum?
Wystarczy prosty eksperyment: poprosić losową klasę maturalną, by wypisała dziesięć nazwisk „najważniejszych naukowców w historii”. Zwykle padają: Einstein, Newton, Tesla, Kopernik, Darwin, Galileusz, Pasteur, Faraday, Planck, Bohr. Jeśli ktoś dopisze Marię Skłodowską-Curie, jest już „dobrze”. Dziewięciu mężczyzn, jedna kobieta – schemat powtarza się niemal wszędzie.
Tymczasem, gdyby zapytać nie o „wielkich naukowców”, ale o „osoby kluczowe dla konkretnego odkrycia” i jednocześnie dorzucić kilka tropów („kto badał DNA?”, „kto programował pierwsze komputery?”), nagle otwiera się przestrzeń dla Rosalind Franklin, Grace Hopper, programistek ENIAC czy Katherine Johnson. Problem nie tkwi więc w braku bohaterek, ale w sposobie, w jaki zadajemy pytania i układamy opowieść o nauce.
Efekt Matyldy, czyli jak odbiera się kobietom autorstwo odkryć
Nazwa z XIX wieku, problem bardzo współczesny
„Efekt Matyldy” to termin wprowadzony przez historyczkę nauki Margaret Rossiter. Odwołuje się do Matildy Joslyn Gage – XIX‑wiecznej amerykańskiej działaczki, która jako jedna z pierwszych głośno mówiła o wymazywaniu kobiet z historii osiągnięć. Efekt Matyldy opisuje sytuację, w której praca naukowczyni jest systematycznie bagatelizowana, przypisywana męskim współpracownikom lub całkowicie pomijana w oficjalnych narracjach.
Nie chodzi o pojedyncze „przeoczenie”, lecz o wzór: nazwisko kobiety ginie w stopce, zostaje zrzucone do roli „asystentki” czy „laborantki”, nawet jeśli była autorką koncepcji eksperymentu lub kluczowych obliczeń. Równocześnie to mężczyzna z zespołu zostaje zaproszony na konferencje, zyskuje granty i, w skrajnych przypadkach, odbiera Nagrodę Nobla za wspólne odkrycie.
Jak to wygląda w praktyce?
Efekt Matyldy może przybierać różne formy. Kilka z nich powtarza się w biografiach zapomnianych naukowczyń:
- publikacja podpisana nazwiskiem przełożonego, mimo że główną pracę wykonały współpracownice,
- pomijanie nazwisk kobiet przy nagrodach i wyróżnieniach (nagroda „dla zespołu”, którą fizycznie odbiera szef),
- przedstawianie naukowczyni w mediach jako „pomocnicy” lub „asystentki”, nawet gdy była współautorką teorią,
- używanie w podręcznikach wyłącznie nazwisk mężczyzn, mimo że źródła naukowe wskazują na współautorstwo kobiet.
Wyobraźmy sobie sytuację: młoda badaczka przez dwa lata konstruuje nowy algorytm analizy danych. Współpracuje z profesorem, konsultuje wyniki. Gdy przychodzi czas publikacji, profesor proponuje, by „dla większej siły przebicia” to jego nazwisko znalazło się jako pierwsze. Ona zgadza się, bo wierzy, że w kolejnych pracach role się odwrócą. Tyle że później to profesor jest zapraszany do wygłaszania wykładów, on sygnuje kolejne projekty, on jest „twórcą metody”. Jej nazwisko coraz bardziej blednie w tle.
Widoczność medialna a autorstwo badań
Media szukają prostych historii. Łatwiej opowiedzieć o „genialnym profesorze, który odkrył X”, niż o „trzech osobach, które wspólnie opracowały Y, z czego dwie wykonały główną pracę analityczną”. W efekcie pojawia się rozdźwięk między realnym autorstwem a tym, kto świeci w świetle reflektorów.
Widać to wyraźnie na przykładzie prac laboratoryjnych. W wielu laboratoriach to doktoranci i doktorantki stoją godzinami przy aparaturze, ustawiają parametry, poprawiają błędy, prowadzą żmudne serie pomiarów. Kierownik pojawia się raz na jakiś czas, by omówić wyniki, wprowadzić korekty, nadać kierunek. To potrzebna, ważna rola. Jednak w medialnym skrócie to właśnie on zostaje „odkrywcą” – i to jemu przypisuje się całą sławę.
Efekt Matyldy w podręcznikach, muzeach i kulturze popularnej
Efekt Matyldy nie kończy się na etapie publikacji. Utrwala się w kolejnych warstwach opowieści: w podręcznikach, ekspozycjach muzealnych, filmach, a nawet w serialach popularnonaukowych. Jeśli w jednym z nich fragment o DNA pokazuje wyłącznie Watsona i Cricka, zdjęcie Rosalind Franklin staje się co najwyżej ilustracją „kobiecych trudności w męskim świecie”, a nie symbolem konkretnego, merytorycznego wkładu.
Takie narracje wpływają na wyobraźnię kolejnych pokoleń. Młode dziewczyny słyszą o mężczyznach, którzy dokonali przełomów, i o kobietach, które „walczyły o miejsce w świecie nauki”. To subtelna, ale ważna różnica: zamiast widzieć kobiety jako osoby zmieniające teorię i praktykę, widzą je jako te, które „przetrwały dyskryminację”. A przecież często robiły jedno i drugie.
Lise Meitner – fizyczka, której „urwało się” Nobla
Rozszczepienie jądra atomu a polityka uznania
Lise Meitner urodziła się w 1878 roku w Wiedniu, w rodzinie żydowskiej klasy średniej. W czasach, gdy kobietom w Austrii nie wolno było formalnie studiować, zdawała egzaminy eksternistycznie i walczyła o prawo do wejścia na uniwersytet. Ostatecznie ukończyła fizykę u samego Ludwiga Boltzmanna, a potem przeniosła się do Berlina, gdzie rozpoczęła wieloletnią współpracę z chemikiem Otto Hahnem.
Wspólnie badali reakcje jądrowe, analizując, co dzieje się z atomami uranu bombardowanymi neutronami. Meitner była fizyczką teoretyczną i doświadczalną zarazem: potrafiła zarówno zaprojektować doświadczenie, jak i zinterpretować jego wyniki w świetle najnowszej fizyki. Jej pozycja była jednak słabsza – jako kobiety i jako osoby pochodzenia żydowskiego w Niemczech z narastającym nazizmem.
Ucieczka przed nazizmem i przełomowa interpretacja
W 1938 roku, po Anschlussie Austrii, Meitner znalazła się w bezpośrednim niebezpieczeństwie. Z pomocą przyjaciół zdołała uciec do Szwecji, zostawiając laboratorium, aparaturę i bezpośredni wpływ na dalsze eksperymenty. Hahn kontynuował badania w Berlinie, wysyłając Meitner listy z wynikami, które go zaskakiwały.
To właśnie na jednym ze wspólnych spacerów w szwedzkim lesie – według relacji jej bratanka Otto Frisha – Lise Meitner dokonała kluczowej interpretacji: zamiast powstania „cięższych jąder”, jak oczekiwano, następowało rozszczepienie jądra uranu na dwa lżejsze fragmenty, z ogromnym uwolnieniem energii. Meitner i Frisch opisali to zjawisko, wprowadzając termin „fission” (rozszczepienie jądra), i opublikowali wyniki na początku 1939 roku.
Bez ich interpretacji surowe dane Hahna pozostawałyby zagadką. To fizyczne wyjaśnienie otworzyło drogę do zrozumienia, jak możliwa jest reakcja łańcuchowa – fundament energetyki jądrowej i broni atomowej. Z naukowego punktu widzenia nazwiska Hahna, Meitner i Frischa są nierozerwalnie związane z tym przełomem.
Dlaczego Nagroda Nobla trafiła tylko do Hahna?
W 1944 roku Komitet Noblowski przyznał Nagrodę Nobla z chemii wyłącznie Otto Hahnowi „za odkrycie rozszczepienia jądra ciężkich atomów”. Lise Meitner nie została nawet wymieniona w uzasadnieniu, choć jej wkład w interpretację zjawiska był dobrze znany w środowisku fizyków. Późniejsze analizy archiwów Nobla pokazały, że jej nazwisko się pojawiało, ale ostatecznie zostało odrzucone.
Tłumaczenia były różne: że pracowała już w innym kraju, że jej rola była „tylko teoretyczna”, że Komitet nie docenił jej wkładu. Z perspektywy dzisiejszej wiedzy widać jednak, że na decyzję wpływała mieszanka uprzedzeń – wobec kobiet, wobec osób żydowskiego pochodzenia, wobec naukowców, którzy nie pracowali w głównych ośrodkach niemieckiej nauki po wojnie.
Jak dziś opowiada się historię Meitner?
Współczesne podręczniki i opracowania coraz częściej przywracają Lise Meitner należne miejsce. W wielu krajach uczniowie uczą się, że rozszczepienie jądra atomu jest efektem pracy zespołu: eksperymentów Hahna oraz interpretacji Meitner i Frischa. Wciąż jednak zdarzają się skróty, w których nazwisko Meitner znika za „odkryciem Hahna”.
Jeśli w tych miejscach dominuje jedno spojrzenie – męskie, zachodnie, przywiązane do tradycyjnego kanonu – opowieść będzie powtarzać te same nazwiska. Właśnie dlatego inicjatywy takie jak Historia Geniuszy są tak ważne: przełamują monolit, dociekają „kto był jeszcze w pokoju”, gdy rodził się przełom i dodają brakujące ogniwa do łańcucha.
Rosalind Franklin – fotografia 51, która nie miała głosu
Droga od węgla do DNA
Rosalind Franklin nie marzyła od dziecka o „podwójnej helisie”. Zaczynała od badań nad węglem i grafitem, pracując w czasie wojny nad materiałami do filtrów gazowych. Tam doskonaliła metody dyfrakcji rentgenowskiej – techniki, która pozwala „zajrzeć” w strukturę kryształów. To doświadczenie okazało się kluczowe, gdy przeniosła się do King’s College London i zajęła badaniem włókien DNA.
Z perspektywy dzisiejszej biologii molekularnej dyfrakcja rentgenowska to coś w rodzaju aparatu rentgenowskiego dla cząsteczek. Franklin potrafiła nie tylko obsłużyć skomplikowaną aparaturę, ale też ustawić próbkę tak, by uzyskać maksymalnie czytelny wzór. W przypadku DNA oznaczało to miesiące żmudnego kontrolowania wilgotności, temperatury, jakości preparatu. Nie spektakularne „eureka”, tylko cierpliwa inżynieria eksperymentu.
Fotografia 51 – migawka, która zmieniła biologię
Owocem tej pracy była słynna „fotografia 51” – obraz dyfrakcyjny DNA w formie charakterystycznego krzyża, jednoznacznie wskazujący na strukturę helikalną. Wzór był na tyle czytelny, że dla wprawnego oka stanowił niemal gotową wskazówkę: cząsteczka musi mieć kształt podwójnej helisy o określonym skoku.
Franklin nie wyskoczyła od razu z medialnym ogłoszeniem. Analizowała dane, porównywała różne formy DNA (tzw. formę A i B), próbowała zbudować model, który nie tylko „wygląda”, ale też zgadza się z chemią wiązań i zasadami fizyki. Działała jak skrupulatna inżynierka – zanim podpisze się pod konstrukcją, chce mieć pewność, że nie runie.
Jak dane Franklin trafiły do Watsona i Cricka
W tym samym czasie w Cambridge James Watson i Francis Crick również głowili się nad strukturą DNA, jednak ich wcześniejsze propozycje okazywały się błędne. Przełom przyszedł, gdy do rąk Watsona trafiła bez zgody Franklin kopia fotografii 51 oraz fragmenty jej nieopublikowanego raportu, przekazane przez Maurice’a Wilkinsa i Maxa Perutza.
Watson wspominał później, że widok zdjęcia był jak „błysk”. Mając tę migawkę oraz szereg danych Franklin, on i Crick zbudowali słynny model podwójnej helisy i w 1953 roku opublikowali krótką, efektowną pracę w „Nature”. Artykuł Franklin ukazał się w tym samym numerze, ale w kolejności, która sugerowała, że jest jedynie potwierdzeniem modelu Watsona i Cricka, a nie jego istotnym źródłem.
Nagroda Nobla i milczenie w uzasadnieniu
W 1962 roku Watson, Crick i Wilkins otrzymali Nagrodę Nobla za odkrycie struktury DNA. Rosalind Franklin nie mogła jej już dostać – zmarła cztery lata wcześniej na raka jajnika. Komitet Noblowski nie przyznaje nagród pośmiertnych, ale w uzasadnieniu można było wyraźnie podkreślić jej udział. Tak się nie stało.
Wspomnienia Watsona dodatkowo utrwaliły krzywdzący obraz Franklin jako osoby „trudnej”, „niezbyt błyskotliwej teoretyczki”, skupionej wyłącznie na eksperymencie. Dopiero późniejsze analizy jej notatek i raportów pokazały, że była znacznie bliżej poprawnego modelu DNA, niż wynikałoby z tej relacji. Jej ostrożność badawcza – niechęć do przedwczesnych deklaracji – w medialnym skrócie przegrała z efektowną narracją o dwóch „geniuszach z modelami z drutu”.
Dlaczego nazwisko Franklin wciąż pojawia się rzadziej?
Kiedy uczniowie słyszą hasło „DNA”, zwykle padają nazwiska Watson i Crick. Jeśli nauczyciel doda „i Rosalind Franklin”, bywa, że w klasie zapada niezręczna cisza – pierwsze słyszą. To pokazuje, jak mocno zakorzenia się pierwotna opowieść.
Część podręczników wprowadziła już krótkie ramki o „kontrowersji wokół Franklin”, jednak nadal często sprowadza się ją do moralnej przypowieści o niesprawiedliwości, zamiast jasno pokazać: jej dane i umiejętność ich interpretacji były centralne dla odkrycia. Nie była „pomocnicą”, lecz równorzędną autorką kluczowego elementu łamigłówki.

Jocelyn Bell Burnell – studentka, która „przegapiła” Nobla za pulsary
Od ręcznej analizy wykresów do odkrycia „kosmicznych latarni morskich”
Gdy Jocelyn Bell (później Bell Burnell) rozpoczęła studia doktoranckie w Cambridge w latach 60., nie czekały na nią gotowe dane z teleskopu, lecz plac budowy. Wraz z innymi studentami fizycznie konstruowała radioteleskop do badań kwazarów: setki drewnianych pali, kilometry kabli, anteny rozwieszone na polach. A potem – stosy wydruków zarejestrowanych sygnałów.
Analiza danych nie polegała na kliknięciu w programie. Bell godzinami przeglądała długie, ciągłe wykresy zapisane na papierze, szukając drobnych anomalii. W jednym z fragmentów zauważyła regularne „zęby” – impulsy pojawiające się w równych odstępach czasu, zbyt szybkie i zbyt precyzyjne, by dało się je wyjaśnić znanym zjawiskiem. To był początek historii pulsarów.
„LGM” – żart, który przykleił się do odkrycia
Początkowo sygnał nazwano pół żartem „LGM” – od „little green men”, czyli „mali zieloni ludzie”. Tak Ben Burnell i jej promotor Antony Hewish podkreślali, że zachowują naukowy sceptycyzm wobec każdej interpretacji, łącznie z fantastyczną.
Kolejne obserwacje pokazały jednak, że chodzi o zupełnie nowe zjawisko: niezwykle szybko rotujące gwiazdy neutronowe, wysyłające impulsy promieniowania radiowego niczym kosmiczne latarnie morskie. Odkrycie pulsarów okazało się jednym z najważniejszych przełomów w astronomii XX wieku, otwierając drogę do badań ekstremalnej fizyki gęstej materii i pól magnetycznych.
Nagroda Nobla bez nazwiska odkrywczyni
W 1974 roku Nagroda Nobla z fizyki trafiła do Antony’ego Hewisha oraz Martina Ryle’a „za pionierskie badania w dziedzinie radioastronomii, w tym odkrycie pulsarów”. Jocelyn Bell Burnell nie została uwzględniona w wyróżnieniu, mimo że to ona jako pierwsza zauważyła anomalię, śledziła ją i konsekwentnie dowodziła, że nie jest to artefakt aparatury.
Często przywołuje się jej własną, bardzo elegancką reakcję: podkreślała, że doktoranci rzadko dostają Nobla, a budowa instrumentu, koncepcja badań i interpretacja zjawiska były dziełem Hewisha. Jednocześnie dla wielu historyków nauki jest to modelowy przykład Efektu Matyldy: praca osoby na niższej pozycji hierarchicznej znika za nazwiskiem kierownika.
Jak Bell Burnell wykorzystała swoją późniejszą sławę
Z biegiem lat nazwisko Jocelyn Bell Burnell stało się symbolem nie tylko przeoczonego Nobla, lecz także innego sposobu myślenia o przywileju w nauce. Gdy w 2018 roku otrzymała prestiżową nagrodę Breakthrough Prize i znaczące środki finansowe, przeznaczyła całą kwotę na fundusz stypendialny dla osób niedoreprezentowanych w fizyce – m.in. kobiet, mniejszości etnicznych, osób z doświadczeniem uchodźczym.
Jej gest bywa komentowany na seminariach jako swoista „odwrócona lekcja Nobla”: zamiast skupiać się na indywidualnej sławie, pokazuje, że najważniejsza jest możliwość, by różne osoby w ogóle dotarły do punktu, w którym mogą robić przełomowe badania. To subtelna, ale bardzo mocna korekta tradycyjnej opowieści o „geniuszach znikąd”.
„Żony naukowców”? Marie-Anne Lavoisier, Mileva Einstein i inne cienie
Marie-Anne Lavoisier – tłumaczka, ilustratorka, współautorka rewolucji chemicznej
Marie-Anne Paulze Lavoisier w wielu podręcznikach pojawia się jako „żona ojca nowożytnej chemii”. Tymczasem jej wkład wykraczał daleko poza rolę towarzyską. Poślubiła Antoine’a Lavoisiera jako nastolatka, szybko nauczyła się łaciny i angielskiego, by tłumaczyć na francuski najnowsze prace chemików brytyjskich. Bez tych przekładów Lavoisier nie miałby tak dobrego wglądu w konkurencyjne teorie flogistonu czy spalania.
Marie-Anne prowadziła szczegółowe notatki z eksperymentów, projektowała i wykonywała precyzyjne ryciny aparatury – do dziś wykorzystywane w opracowaniach historycznych. Na jednym z najsłynniejszych portretów małżeństwa Lavoisier widać ją stojącą przy biurku, zwróconą frontalnie do widza, podczas gdy jej mąż siedzi przy stole z instrumentami. Malarska kompozycja jasno sugeruje, że to para współpracowników, a nie „geniusz z żoną w tle”.
Mileva Marić Einstein – współpracowniczka czy inspiracja?
Historia Milevy Marić, pierwszej żony Alberta Einsteina, budzi żywe dyskusje. Oboje studiowali w Zurychu, rozwiązywali wspólnie zadania z fizyki, wymieniali listy, w których Einstein pisał o „naszych pracach” czy „naszej teorii”. Zwolennicy tezy o współautorstwie Milevy wskazują na te właśnie sformułowania oraz na fakt, że była utalentowaną matematyczką, choć ostatecznie nie ukończyła studiów z powodu ciąży i trudnej sytuacji życiowej.
Historycy nie są zgodni co do tego, jak duży był jej wkład w konkretne prace z 1905 roku. Brakuje jednoznacznych materiałów – część dokumentów zaginęła lub zniszczono. Jedno jest jednak jasne: w standardowych biografiach Mileva pojawia się głównie jako „pierwsza żona Einsteina”, a nie jako osoba, która współtworzyła intelektualne środowisko, w którym dojrzewała teoria względności.
Dlaczego partnerki naukowców „znikają” z historii?
W XIX i na początku XX wieku było normą, że żony, siostry czy córki naukowców pomagały w laboratorium, prowadziły korespondencję, tłumaczyły artykuły, rysowały schematy. Ich praca była traktowana jako „naturalne” przedłużenie obowiązków domowych, a nie płatne zatrudnienie czy współautorstwo. Zdarzało się, że podpisywały listy naukowe w imieniu męża, bo on w tym czasie przebywał w delegacji – ale to jego nazwisko utrwalała historia.
Dobrym uzupełnieniem będzie też materiał: Dorothy Hodgkin – krystalografka, która rozszyfrowała strukturę penicyliny — warto go przejrzeć w kontekście powyższych wskazówek.
Jeśli spojrzeć na fotografie z tamtych czasów, widać często mężczyznę w fartuchu laboratoryjnym i kobietę w eleganckiej sukni obok aparatury. Podpis brzmi: „Profesor X w swoim laboratorium”. Kobieta nie jest nazwana. W ten sposób w pamięci zbiorowej zostaje tylko jedna postać, nawet jeśli toczyły się tamtejsze rozmowy, wspólne obliczenia, spieranie się o interpretację wyników.
Inne „cienie” wokół słynnych nazwisk
Przykładów można mnożyć zdecydowanie więcej. Sofia Kowalewska – wybitna matematyczka – pomagała mężowi Włodzimierzowi Kowalewskiemu w adaptacji i popularyzacji prac naukowych w Rosji, sama przez lata walcząc o prawo do habilitacji. Laura Bassi we Włoszech czy Caroline Herschel w Wielkiej Brytanii przez długi czas były traktowane jako „pomocnice” znanych mężczyzn, mimo że miały własne odkrycia i uczniów.
To właśnie te „mikrohistorie” relacji rodzinnych, małżeńskich i towarzyskich pokazują, jak łatwo przesuwa się granicę między „wsparciem” a faktycznym współautorstwem. Tam, gdzie w grę wchodziły różnice płci i formalnych uprawnień (np. możliwość posiadania etatu profesorskiego), zasługi mężczyzny stawały się domyślnie ważniejsze.
Programistki, które zbudowały erę komputerów
Ada Lovelace – matematyczka, która przewidziała software
Ada Lovelace bywa nazywana „pierwszą programistką świata”. Współpracując z Charlesem Babbage’em przy opisie maszyny analitycznej – mechanicznego prototypu komputera ogólnego przeznaczenia – napisała serię notatek, w których nie tylko przełożyła jego koncepcje na precyzyjny język, ale też zaprojektowała algorytm obliczający liczby Bernoulliego. To coś więcej niż matematyczne ćwiczenie: Ada zrozumiała, że maszyna może manipulować symbolami według reguł, a więc w przyszłości zajmować się nie tylko liczbami, ale i dźwiękiem czy obrazem.
Przez dekady jej nazwisko pozostawało przypisem w biografiach Babbage’a. Dopiero renesans historii informatyki w drugiej połowie XX wieku wydobył jej koncepcje jako zaskakująco nowoczesną intuicję dotyczącą „oprogramowania” – abstrakcyjnej warstwy ponad sprzętem.
ENIAC i zespół „ukrytych” programistek
Podczas II wojny światowej amerykańska armia pilnie potrzebowała szybkich obliczeń balistycznych. Komputer ENIAC – jeden z pierwszych elektronicznych komputerów ogólnego przeznaczenia – miał rozwiązać ten problem. Do jego programowania zatrudniono sześć kobiet: Kay McNulty, Betty Jennings, Betty Snyder, Marlyn Meltzer, Ruth Teitelbaum i Fran Bilas.
Ich praca nie przypominała dzisiejszego pisania kodu w edytorze. Programowanie ENIAC-a polegało na manualnym przełączaniu setek kabli, ustawianiu przełączników, planowaniu ścieżki przepływu informacji przez poszczególne moduły maszyny. Programistki musiały rozumieć zarówno matematykę równań różniczkowych, jak i fizyczne ograniczenia sprzętu. Tworzyły pierwsze „architektury programów” na tablicach, zanim przeniosły je na panel sterowania.
Dlaczego pionierki informatyki zniknęły ze zdjęć i podpisów
Po wojnie, gdy komputery zaczęły wychodzić z laboratoriów wojskowych do przemysłu i na uniwersytety, status programowania przeszedł ciekawą metamorfozę. Na początku traktowano je jako żmudną, „sekretarską” pracę techniczną – coś pomiędzy przepisywaniem a księgowością. Dlatego powierzano je kobietom, często świetnie wykształconym matematyczkom. Gdy jednak stało się jasne, że software to klucz do władzy nad maszyną i duże pieniądze, profesja nagle „uzawodowiła się” i… zmaskulinizowała.
W ogłoszeniach rekrutacyjnych z lat 60. w USA widać wyraźną zmianę: wcześniejsze anonse kierowane do „kobiet z talentem do liczb” zastępują oferty dla „młodych mężczyzn z potencjałem przywódczym”. Ten sam typ pracy – logika, algorytmy, debugowanie – zaczął być opisywany innym językiem. A wraz z tą zmianą pierwsze programistki stopniowo przesuwano na margines: zniknęły z konferencyjnych zdjęć, nie zapraszano ich na wykłady inauguracyjne nowych kierunków informatycznych.
To klasyczny mechanizm zmiany prestiżu zawodu: gdy rośnie uznanie i wynagrodzenia, zawód „kobiecy” staje się nagle „męski”. Historia informatyki pokazuje to boleśnie wyraźnie, choć jeszcze w latach 40. i 50. kadra programująca składała się w dużej mierze właśnie z kobiet.
Grace Hopper i narodziny języków wysokiego poziomu
Grace Hopper – admirałka marynarki USA, doktorka matematyki, entuzjastka nieoczywistych pomysłów – była jedną z tych osób, które przestawiły myślenie o programowaniu z kabli i przełączników na abstrakcyjny zapis zrozumiały dla ludzi. W latach 50. współtworzyła pierwsze kompilatory, czyli programy tłumaczące język zbliżony do naturalnego na język maszynowy. Jej zespół pracował m.in. nad FLOW-MATIC, jednym z prekursorów COBOL-a – języka, który przez dekady będzie fundamentem systemów finansowych i administracyjnych.
Hopper miała zwyczaj tłumaczyć złożone rzeczy przez proste analogie. O programowaniu mówiła jak o pisaniu przepisu kulinarnego: komputer nie domyśli się, o co chodzi, trzeba mu podać kroki w odpowiedniej kolejności i bez niedomówień. Dzięki takim metaforom przekonywała decydentów w biznesie, że kod może być pisany w języku bliskim ich „biznesowej” logice, a nie tylko w tajemniczych ciągach cyfr i instrukcji.
Przez lata jej nazwisko funkcjonowało jednak raczej jako sympatyczna anegdota („ta pani od pluskwy w komputerze”) niż jako symbol przełomu intelektualnego – zbudowania pomostu między światem ludzi a światem maszyn. Gdy w podręcznikach pojawiali się „ojcowie języków programowania”, Hopper często była co najwyżej przypisem.
„Hidden Figures” w wersji komputerowej – od NASA po banki
Film i książka „Hidden Figures” przypomniały światu afroamerykańskie matematyczki pracujące dla NASA. Podobne scenariusze rozgrywały się jednak także poza agencją kosmiczną: w firmach telekomunikacyjnych, bankach, towarzystwach ubezpieczeniowych. Tam, gdzie trzeba było liczyć tabele życia, trajektorie lotu czy spłaty kredytów, pojawiały się zespoły kobiet-programistek, którym powierzano odpowiedzialność za poprawność wyników, ale nie za strategiczne decyzje.
W wielu archiwach zachowały się dokumenty podpisane „Dział Programowania” bez wyszczególnienia nazwisk. Tymczasem z korespondencji wewnętrznej wiadomo, że kluczowe moduły pisały konkretne osoby – często kobiety, które później odchodziły z pracy po ślubie lub narodzinach dzieci, bo nie przewidziano dla nich elastycznych etatów. Ich kod żył jeszcze przez dziesięciolecia, choć nazwisk nie pamiętał nikt poza bezpośrednimi współpracownikami.
Polskie naukowczynie, o których rzadko się wspomina
Natalia Tułasiewicz i Zofia Kielan-Jaworowska – nauka w cieniu wojny
Polska ma własne, mniej znane opowieści o kobietach, które próbowały ocalić naukę w czasach, gdy samo przetrwanie było wyzwaniem. Natalia Tułasiewicz, choć znana głównie jako nauczycielka i działaczka podziemia, prowadziła w okupowanej Polsce działalność o charakterze intelektualnym: organizowała tajne komplety, dbała o to, by młodzież nie straciła kontaktu z literaturą, historią, filozofią. To nie jest „nauka” w wąskim, laboratoryjnym sensie, ale bez takich mostów pokoleniowych po wojnie nie byłoby komu zasilać uniwersytetów i instytutów.
Zupełnie inną drogą poszła Zofia Kielan-Jaworowska – paleontolożka, która po wojnie zorganizowała polsko-mongolskie ekspedycje na pustynię Gobi. Jej badania ssaków mezozoicznych zmieniły spojrzenie na ewolucję tych zwierząt, a publikacje ukazywały się w najważniejszych międzynarodowych czasopismach. Mimo to w szkolnych opowieściach o „wyprawach geologicznych” częściej padają nazwiska mężczyzn, a Kielan-Jaworowska pojawia się głównie w specjalistycznych biografiach.
Stefania Jabłońska i rewolucja w dermatologii
Stefania Jabłońska, wybitna dermatolożka, współodkryła związek między niektórymi typami wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV) a rakiem skóry. Współpracowała z Haraldem zur Hausenem, który w 2008 roku otrzymał za badania nad HPV Nagrodę Nobla z medycyny. Sama Jabłońska znalazła się poza kręgiem noblowskim, choć jej prace kliniczne i obserwacje pacjentów miały kluczowe znaczenie dla ugruntowania hipotez zur Hausena.
Na koniec warto zerknąć również na: Geniusze, których nazwiska wymazano z książek — to dobre domknięcie tematu.
W polskiej medycynie nazwisko Jabłońskiej jest znane, ale poza środowiskiem dermatologów już znacznie mniej. Tymczasem to ona współtworzyła nowoczesną klasyfikację chorób skóry, była autorką podręczników, z których korzystały pokolenia lekarzy. Jej kariera naukowa pokazuje, jak bardzo „widoczność” zależy od tego, kto zostaje symboliczną twarzą odkrycia na arenie międzynarodowej.
Janina Hurynowicz i biochemia w cieniu polityki
Janina Hurynowicz, biochemiczka i lekarka, prowadziła pionierskie badania nad metabolizmem węglowodanów oraz gospodarką wodno-elektrolitową organizmu. Jej prace dotyczyły mechanizmów cukrzycy, niewydolności krążenia, zaburzeń równowagi kwasowo-zasadowej – tematów, które dziś są podstawą podręczników interny. A jednak w powszechnej świadomości dominuje kilka „głośnych” nazwisk męskich lekarzy, podczas gdy Hurynowicz pozostaje postacią niemal wyłącznie „dla wtajemniczonych”.
Do tego dochodził trudny kontekst polityczny PRL: konieczność lawirowania między wymaganiami aparatu państwowego, ograniczeniami wyjazdów zagranicznych, a chęcią utrzymania kontaktów ze światową nauką. W takich warunkach łatwiej „przebić się” tym, którzy od razu działali w centrach naukowych na Zachodzie; badaczki pracujące w Warszawie, Gdańsku czy Krakowie startowały z innej pozycji.
Matematyczki z Lwowa, Warszawy i Torunia
Polska szkoła matematyczna międzywojnia kojarzona jest najczęściej z lwowską kawiarnią Szkocką i nazwiskami Banacha, Steinhausa czy Ulama. W tle działało jednak wiele utalentowanych matematyczek: m.in. Stanisława Nikodymowa, Janina Hosiasson-Lindenbaum czy Anna Zofia Krygowska. Nikodymowa współtworzyła z mężem teorię miary i całki, Hosiasson-Lindenbaum zajmowała się logiką i prawdopodobieństwem, Krygowska kształtowała nowoczesną dydaktykę matematyki.
Dlaczego ich nazwiska rzadziej trafiają do popularnych opowieści? Część z nich zajmowała się dziedzinami postrzeganymi jako „pomocnicze” – jak dydaktyka czy logika stosowana. Inne przerwała wojna, emigracja, konieczność pracy w szkole zamiast w instytucie badawczym. To, że uczniowie w Polsce liczą dziś na lekcjach inaczej niż sto lat temu, w dużej mierze wynika z pracy Krygowskiej – ale zwykle nie łączy się tego z konkretną osobą.
Inżynierki i konstruktorki – od mostów po elektronikę
W historii polskiej nauki częściej mówi się o profesorach fizyki czy chemii niż o inżynierkach, choć to one projektowały elementy infrastruktury, z których korzystamy codziennie. W okresie powojennej odbudowy pojawiło się pokolenie kobiet-inżynierek, które brały udział w projektowaniu mostów, budynków użyteczności publicznej, sieci energetycznych. W dokumentach archiwalnych ich nazwiska często pojawiają się na dalszych miejscach listy autorów projektów, mimo że kierowały zespołami roboczymi lub odpowiadały za kluczowe obliczenia statyczne.
Podobny wzorzec widać w elektronice i automatyce: kobiety zajmowały się „drobiazgami” – testowaniem komponentów, kalibracją, dokumentacją techniczną. W praktyce to od ich precyzji zależało, czy urządzenie zadziała w warunkach przemysłowych albo wojskowych. Jednak w pamiętnikach i kronikach zakładów produkcyjnych chwali się zwykle głównego konstruktora, nie zespół, bez którego projekt pozostałby na papierze.
„Niewidoczne” biografie w lokalnych archiwach
Jeśli zajrzeć do archiwów regionalnych muzeów, bibliotek uniwersyteckich czy kronik miast, szybko okazuje się, że niemal każde większe miasto ma „swoją” zapomnianą naukowczynię: mikrobiolożkę związaną ze szpitalem zakaźnym, fizyczkę z lokalnej politechniki, farmaceutkę prowadzącą badania nad lekami roślinnymi. Ich prace rzadko trafiały do międzynarodowych czasopism, ale miały realny wpływ na jakość życia mieszkańców – choćby przez poprawę standardów higieny, diagnostyki czy żywienia.
Często jedynym śladem po tych kobietach jest wzmianka w sprawozdaniu z działalności szpitala albo fotografia z podpisem „zespół laboratorium”. Dopiero szczegółowe badania historyczne wydobywają z anonimowości konkretne osoby, ich listy, notatniki, zeszyty z wynikami doświadczeń. To pokazuje, jak bardzo obraz historii nauki zależy od tego, kto ma czas i narzędzia, by przeszukiwać takie „szare strefy” pamięci.
Od anegdot do zmiany narracji
Przez długi czas opowieści o zapomnianych naukowczyniach funkcjonowały jako ciekawostki: „czy wiesz, że za tym odkryciem stała także kobieta?”. Dziś coraz częściej stają się punktem wyjścia do zmiany sposobu pisania historii nauki – z osi „wielkich nazwisk” na sieć współpracy, sporów, negocjacji autorstwa. Kiedy uczeń czy student słyszy, że za przełomową teorią stoją nie tylko profesorowie, ale też asystentki, doktorantki, tłumaczki, programistki, łatwiej dostrzec, że nauka to przedsięwzięcie zespołowe.
A wtedy pytanie „kto naprawdę to odkrył?” zaczyna brzmieć inaczej. Nie chodzi już tylko o korektę kilku nazwisk w podręczniku, lecz o zmianę perspektywy: z jednego bohatera na całe środowisko, w którym praca jednych stawała się widoczna, a innych – znikała w cieniu.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Dlaczego nazwiska kobiet tak rzadko pojawiają się w podręcznikach z historii nauki?
Powodów jest kilka. Po pierwsze, przyjęło się opowiadać dzieje nauki przez pryzmat „wielkich jednostek” – zwykle mężczyzn. Z całych zespołów wybiera się jedno nazwisko do nagłówka, a reszta osób znika w tle. Kobiety, nawet jeśli wykonały kluczową pracę, często trafiają do przypisów albo w ogóle nie są wymieniane.
Po drugie, działa tu hierarchia w nauce. Kierownik katedry czy profesor – najczęściej mężczyzna – jest uznawany za „naturalną twarz” odkrycia. To jego cytują podręczniki, jego zapraszają do mediów, a historycy później powtarzają te uproszczone narracje. Z czasem to, co było pracą zespołową, zaczyna wyglądać jak dzieło jednego „geniusza”.
Czym jest Efekt Matyldy i jak wpływa na widoczność naukowczyń?
Efekt Matyldy to nazwa zjawiska, w którym praca kobiet‑naukowczyń jest systematycznie pomniejszana, przypisywana męskim współpracownikom lub całkowicie pomijana. Termin wprowadziła historyczka nauki Margaret Rossiter, nawiązując do działaczki Matildy Joslyn Gage, która już w XIX wieku opisywała wymazywanie kobiet z historii.
W praktyce wygląda to tak: publikacje podpisywane są nazwiskiem przełożonego, nagrody dla zespołu fizycznie odbiera szef, a media przedstawiają badaczkę jako „asystentkę”, mimo że to ona wymyśliła eksperyment lub metodę. Z zewnątrz widać więc głównie mężczyznę, a faktyczne autorstwo rozmywa się w tle.
Jakie znane odkrycia naukowe są związane z zapomnianymi naukowczyniami?
Dobrym przykładem jest odkrycie struktury DNA. W podręcznikach najczęściej pojawiają się nazwiska Watsona i Cricka, tymczasem kluczowe dane do ich modelu pochodziły z badań rentgenowskich Rosalind Franklin. Jej praca przez lata była marginalizowana w popularnych narracjach.
Podobnie z rozszczepieniem jądra atomu – kojarzymy zazwyczaj Otto Hahna, a znacznie rzadziej Lise Meitner, która odegrała fundamentalną rolę w wyjaśnieniu tego zjawiska. W informatyce z kolei mówi się o Alan Turingu, a rzadziej o programistkach ENIAC czy Grace Hopper, choć bez ich pracy początki komputerów wyglądałyby zupełnie inaczej.
Na czym polega „kult geniusza” i dlaczego szkodzi pamięci o kobietach w nauce?
„Kult geniusza” to sposób myślenia, w którym każde przełomowe odkrycie przypisuje się jednemu wyjątkowemu umysłowi. Brzmi to efektownie, ale mało ma wspólnego z realną pracą w laboratoriach, gdzie większość postępów jest wynikiem współpracy wielu osób przez długie lata.
Gdy szuka się jednego bohatera, drobne przesunięcia w przypisywaniu zasług działają jak lupa. Jeśli w zespole jest profesor i doktorantka, to właśnie profesor częściej staje się „geniuszem” w opowieściach. W efekcie brakuje miejsca na wymienienie kobiet – ich nazwiska wypadają z narracji, nawet jeśli bez ich wkładu nie byłoby przełomu.
Kto decyduje o tym, które nazwiska trafiają do kanonu historii nauki?
Kanon nie powstaje sam. Tworzą go konkretni ludzie i instytucje: autorzy podręczników, komisje egzaminacyjne, kuratorzy muzeów, twórcy filmów popularnonaukowych czy nauczyciele, którzy wybierają, o kim opowiedzieć na lekcji ponad minimum programowe.
Jeśli te osoby sięgają po te same, utarte nazwiska – Newton, Einstein, Darwin – to właśnie oni utrwalają obraz „męskiej” historii nauki. Gdy jednak świadomie włączają do swoich opowieści Lise Meitner, Rosalind Franklin, Grace Hopper czy Katherine Johnson, kanon zaczyna się zmieniać. To trochę jak z playlistą: od nas zależy, kogo „puszczamy w eter”.
Jak szkoły i nauczyciele mogą przeciwdziałać wymazywaniu kobiet z historii nauki?
Najprościej – zmieniając sposób zadawania pytań i dobór przykładów. Zamiast pytać wyłącznie o „największych naukowców w historii”, można prosić uczniów o wskazanie osób kluczowych dla konkretnych odkryć, np. DNA, pierwszych komputerów czy badań kosmicznych. Wtedy naturalnie pojawiają się nazwiska naukowczyń.
Nauczyciel może też dorzucać do standardowego zestawu przykładów po kilka historii kobiet: krótką anegdotę o programistkach ENIAC obok Turinga, o Rosalind Franklin obok Watsona i Cricka, o Katherine Johnson obok opowieści o podboju kosmosu. Dwie–trzy takie korekty w każdym dziale sprawiają, że uczniowie zaczynają widzieć naukę jako wspólne dzieło wielu osób, a nie zamknięty klub kilku „ojców założycieli”.
Czy dziś Efekt Matyldy nadal występuje, skoro kobiety mogą robić kariery naukowe?
Zmieniło się bardzo dużo – kobiety mają formalny dostęp do studiów, grantów i stanowisk, których kiedyś im odmawiano. To jednak nie znaczy, że problem zniknął. Mechanizmy przypisywania zasług przełożonym, pomijanie kobiet przy nagrodach zespołowych czy zapraszanie głównie mężczyzn do mediów nadal się zdarzają.
Różnica polega na tym, że dziś łatwiej to zauważyć i nazwać. Młoda badaczka, której nazwisko omija się w materiałach prasowych, może się odezwać, ma też więcej sojuszników. Świadomość Efektu Matyldy działa jak latarka – pomaga zobaczyć, gdzie narracja rozjeżdża się z faktami i czyją pracę „gubi” po drodze.
Źródła informacji
- Women Scientists in the Twentieth Century. Harvard University Press (1995) – History of women’s contributions to 20th‑century science
- Women in Science: 50 Fearless Pioneers Who Changed the World. Ten Speed Press (2017) – Popular overview of key women scientists and their achievements
- Women Scientists in America: Struggles and Strategies to 1940. Johns Hopkins University Press (1982) – Analiza barier strukturalnych i strategii kobiet w nauce
- The Matilda Effect in Science. Social Studies of Science (1993) – Artykuł Rossiter wprowadzający pojęcie „efektu Matyldy”
- The Matilda Effect: Undervaluing Women’s Contributions to Science. Proceedings of the National Academy of Sciences (2013) – Badania empiryczne nad niedocenianiem autorek w nauce
- Invisible Women: Exposing Data Bias in a World Designed for Men. Abrams Press (2019) – Systemowe pomijanie kobiet w danych, przykład nauki i technologii
- Nobel Prize and the Discovery of Nuclear Fission. Nobel Foundation (2001) – Oficjalne omówienie roli Hahna i Meitner w rozszczepieniu jądra
- The Discovery of the Molecular Structure of DNA. Nature (2003) – Historyczne podsumowanie roli Watsona, Cricka i Rosalind Franklin
- ENIAC: The Triumphs and Tragedies of the World’s First Computer. Walker & Company (2010) – Historia ENIAC, w tym praca programistek przy projekcie
- Grace Hopper and the Invention of the Information Age. MIT Press (2013) – Biografia Grace Hopper, początki informatyki i programowania






